środa, 21 lipca 2010

"Żydzi chcą zniszczyć katolicyzm polski, proszę pani!"

Gdzieś od piątku siedzę w szpitalu. Kręgosłup wołał o sprostowanie. A więc, wiadomo - gimnastyka, viofory, magnetroniki, aquavibrony i takie tam. Wszystko kończy się koło 17:20, po tej godzinie ino kolacja i czas wolny do wieczora.

No i w owym czasie wolnym postanowiłem trochę na laptopie popracować. Siedzieliśmy z koleżanką przy jednym stoliku, ja klikałem, ona cośtam sobie pisała... gdzieś koło 22:30 mnie opuściła, bo ktoś łaskawie raczył prysznic zwolnić. Zostałem więc sam. Ale po chwili przyszły dwie panie.

Jedna pielęgniarka, druga zaś pacjentka. Przyniosły ze sobą cały stos gazet. Wśród tytułów - "Dziennik Polski", "Nasz Dziennik" i chyba wszystkie pozostałe pisemka reprezentująe jedną opcję polityczną.

Paniusie zaczęły konwersację. Z początku brzmiało to niewinnie, ale...

W dalszym ciągu konwersacji dwóch pań czułem się tak, jak gdybym słuchał eine kleine Konversation pomiędzy Hitlerem a Goebbelsem. Korupcja = Żydzi! Wojny = Żydzi! Fatalny stan służby zdrowia = Żydzi! Pierdyliard innych "złów" tego świata = Żydzi! Wszystko Żydzi! Żydzi, Żydzi, Żydzi i jeszcze kurwa sto tryliardów razy Żydzi są wszystkiemu winni!

Żydzi kłamią, kradną, korumpują, zabijają i w ogóle! Właściwie cała rozmowa obu pań sprowadziła się tylko i wyłącznie do opierdalania Żydów za całe zło tego świata i przypisywania "żydostwa" rozmaitym osobistościom. No bo, proszę pani, Komorowski to Żyd, Tusk też Żyd, Michnik Żyd, jakiśtam inny Pierdzisław Ponury... aaa, chuj tam, też Żyd!

A już całkiem rozwalił mnie tekst, że Radio Maryja wkrótce przejmie rolę mediów publicznych w Polsce. Tak, drodzy obywatele, słuchajmy od rana do południa zdrowasiek, w południe kazanie ojca dyrektora, po południu rozmowy niedokończone (o Żydach, a jakże!), potem trochę polityki (bo żydokomuchów z PO, PSL, SLD i może jeszcze z UPR trzeba porządnie opierdolić - a dokonają tego niezawodni ludzie z PiS'u), jakieś wiadomości (znowu o Żydach, żeby było ciekawiej) itp, itd, etc.

Potem jeszcze na dokładkę usłyszałem, że to skandal, że amerykańscy Żydzi poskarżyli się u Benedykta XVI na działania ojca Tadeusza R. Ewentualne zamknięcie Radia Maryja dla pań oznaczałoby... zawłaszczenie sobie państwowości polskiej przez Żydów i zniszczenie polskiego katolicyzmu!

Boże. Dość! Wyszedłem.

Fanatyzm. Fanatyzm polityczno-religijny niektórych ludzi mnie po prostu dobija. Tacy sobie specjalnie wybierają jakieś media prezentujące określony pogląd, a innej opcji nawet nie biorą pod uwagę - bo za taką gotowi zjechać człowieka. A że chciałem zjechania uniknąć (bo pewnie w dyskusji, jaka mogłaby się wytworzyć, brałbym chyba udział aż do białego rana), spokojnie, po cichu, poszedłem spać...

(te kursywy to nie są cytaty z dyskusji, tylko generalne przedstawienie prezentowanych przez obie panie "argumentów")

niedziela, 18 lipca 2010

Odparanormalnić kryptozoologię!

Jedną z kompletnie dla mnie niezrozumiałych rzeczy jest to, dlaczego kryptozoologię (nauka o nieznanych gatunkach zwierząt) z jednej strony przedstawia się jako naukę z prawdziwego zdarzenia, a z drugiej wrzuca się do jednego worka z UFO, Trójkątem Bermudzkim, teoriami spiskowymi i w ogóle zjawiskami paranormalnymi. W ogóle świat badaczy podzielił się na jakieś takie dwie grupy - jedni głoszą, że kryptozoologia jest nauką, i rzeczywiście w swoich badaniach stosują czysto naukowe metody, inni zaś usiłują z kryptozoologii zrobić kolejną paranormalną dziedzinę podobną do ufologii. Uważam, że ci drudzy popełniają ogromny błąd, ponieważ w moim mniemaniu takie działanie stanowi kaleczenie niezwykle interesującej dziedziny naukowej o szerokich horyzontach poznawczych.

Niestety, takie podejście większości społeczeństwa do tematu bierze się między innymi z tego, że na stronach o tematyce ufologicznej i ogólnie paranormalnej znajdują się najczęściej działy poświęcone kryptozoologii, przez co ludzie - szczególnie ci, którzy wszystko, co ma w nazwie "paranormalne", uważają za gówno warte bzdury - kojarzą kryptozoologię ze zjawiskami paranormalnymi, UFO i kosmitami. Dochodzi już przez to do takich sytuacji, jak kiedyś na Paranormalium, gdzie w dość długim temacie o chupacabrze zaczęły się pojawiać tekściory o tym, że chupa przyleciała z kosmosu, jest jakimśtam reptilianem, strzela laserami i pluje kwasem solnym. Wtedy pierwszy raz zacząłem żałować, że założyłem na Paranormalium dział "Kryptozoologia", i niestety zdałem sobie sprawę, że popełniłem w tym względzie błąd (dlatego użytkowników zainteresowanych kryptozoologią i pytających o nowe artykuły z tej dziedziny na Paranormalium przekierowuję do KryptoZoo - ponieważ działu kryptozoologicznego na Paranormalium już dawno nie rozwijam, a wręcz jak się tylko da okrajam go do minimum; dla userów zainteresowanych tą dziedziną KryptoZoo jest bardziej odpowiednim serwisem, poświęconym stricte kryptozoologii).

Na innych paranormalnych forach jest niestety nie lepiej. Przoduje pod tym względem Nautilus, gdzie redakcja przedstawia jakieś swoje wyssane z zielonego palca bzdurne teoryjki, a użytkownik ma jedno prawo - zgodzić się. Jeśli ktoś się nie zgodzi, albo gorzej - skrytykuje FN, to najczęściej leci ostra reprymenda, ostrzeżenie albo od razu blokada konta. Również na Paranormalne.pl można się dowiedzieć, że wiele kryptyd przybyło z kosmosu, by nas sterroryzować i przessać aż do kości nasze owieczki, kózki i inne zwierzątka...

O zachodnich forach paranormalnych to już lepiej w ogóle nie wspominać.

Dlatego jestem zdania, że zamiast tworzyć na forach paranormalnych działy o kryptozoologii, powinno się tworzyć oddzielne strony poświęcone tej tematyce. Fajnie by było, gdyby zespoły badające sprawy paranormalne połączyły siły i stworzyły jedną czy dwie duże strony o tematyce stricte kryptozoologicznej - tak żeby ludzi zainteresować tą tematyką i wyciągnąć ją z "paranormalnej dziury", w jaką wpadła. Istnienie kilku takich stron stanowiłoby świetną motywację dla tworzących je zespołów do pisania wyczerpujących tematy kryptyd rzetelnych artykułów.

Ale niestety, jest raczej mało prawdopodobne powstanie choćby jednej takiej strony - "bo nie będziemy współpracować z konkurencją"... każdy sobie rzepkę skrobie. Smutne.

środa, 14 lipca 2010

Cenzor na urlopie?

Połowa lipca. Gorąco! Wszyscy na urlop wyjeżdżają. Cenzorzy chyba też... bo aż się wziąłem i zdziwiłem, gdy trafiłem na stronie FN na taki oto komentarz:

" (...) grupa uczonych, prowadząca dla BBC, poszukiwania słynnego potwora z Loch Ness, doszła do wniosku, że on nie istnieje. Też znamy podobne stanowiska w sprawie UFO, życia po śmierci czy duchów. Skoro nie dało się czegoś złapać, wsadzić na odpowiednią półkę w muzeum i opisać, to tego nie ma. Po prostu. Krótko i na temat." I to właśnie Was różni od obiektywnych badaczy. Wy nie "badacie" zjawisk niewyjaśnionych, tylko się nimi pasjonujecie. "Badanie" polega na zbieraniu dowodów, zdjęć, relacji, przeprowadzaniu badań, ważeniu wartości źródeł, ocenie dowodów, a nie na publikowaniu tłumaczeń z zagranicznych stron czy histerycznych obelg pod adresem tych, co się tym naprawdę, naukowo i racjonalnie zajmują. Wy bez żadnych badań "wiecie lepiej", bo tak i już. Bo macie klapki na oczach, z góry wiecie, że duchy krążą po świecie, w głębinach żyją potwory, UFO jak gęsi lata nam nad głowami, każdy paproszek na zdjęciu to gwarantowany orbs, a oszustów i dowcipnisiów na świecie nie ma ani jednego. Argumenty do Was nie docierają. Tchórzliwe wycinanie postów, które Was krytykują, stanowi tylko potwierdzenie tego Waszego stosunku.

A może po prostu ktoś w FN stwierdził, że jeśli czytelnik uzna artykuł o "bestii z jeziora Czany na Syberii, która zabiła już XX ludzi" za produkt sezonu ogórkowego, to i komentarz krytykujący Wszystkowiedzącą Fundację potraktuje z przymróżeniem oka... :-)

Tak czy owak, widząc tego zatwierdzonego komenta przeżyłem pozytywne zaskoczenie. Oby nie ostatnie.

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Jehowcom - dziękuję!

Jestem niepomiernie wdzięczny świadkom Jehowy! Wasze gówno warte wypociny, które do skrzynki pocztowej co rusz mi wciskaliście, wciskacie nadal i zapewne wciskać będziecie, posłużyły mi za idealną wręcz rozpałkę do pieca. Dzięki wam i waszym papierkom dupa mi w zimę nie zmarzła, teraz z kolei wasze śmieci o końcu świata idealnie mi służą jako podpałka do grilla!

Gdyby nie wy, musiałbym zainwestować całe 6,66 (słownie: SZEŚĆ SZEŚĆDZIESIĄT SZEŚĆ) złotych w oryginalną podpałkę marki Wdupex - a tak zaoszczędzone pieniądzory mogę przeznaczyć na śmiej żelki, nimmki, krówki i tajgera...

Jeszcze raz wielkie wam dzięki, Jehowcy - może i jesteście debilami i fanatykami, ale za to jakże pożytecznymi dostarczycielami darmowej podpałki!

Peace!

piątek, 16 kwietnia 2010

"Masz zamknięty umysł, niegodziwcze!" - czyli słów kilka o internetowych ekspertach od niczego

Zjawiskami paranormalnymi interesuję się już od dzieciństwa. Zaczęło się w czasach, gdy o Internecie najstarsi górale nie słyszeli - sięgałem wówczas po książki Lucjana Znicza, Arnolda Mostowicza, czasem też po prasę ezoteryczno-paranormalną. Była to fascynująca lektura - autorzy podchodzili do poruszanych przez siebie tematów z możliwie największym profesjonalizmem. Dążyli do wyjaśnienia opisywanych spraw, unikając przy tym podsuwania czytelnikom teorii wziętych "z powietrza" i usilnego wmawiania ludziom, że to, w co do tej pory wierzyli, to bzdura.

Wiele lat później powstał Internet - medium umożliwiające dotarcie do czytelnika w niewiarygodnie szybki sposób i stwarzające niepowtarzalną możliwość wymiany poglądów na grupach dyskusyjnych, a później - tysiącach for internetowych.

Internet jednak "przytaszczył" ze sobą pewien problem. Jest nim mianowicie trudność w zweryfikowaniu większości podawanych za jego pomocą informacji oraz łatwość w kreowaniu fikcyjnej osobowości i udawania kogoś, kim się tak naprawdę nie jest. Niezwykle trudno jest na przykład stwierdzić z pewnością, czy obserwacja UFO na drugim końcu świata naprawdę miała miejsce, czy może ktoś przypadkiem robi nas w bambuko, oraz czy osoba podająca się za znawcę i eksperta w danej sprawie naprawdę nim jest.

Dość znany przykład "udawanej osobowości naukowej" mieliśmy na anglojęzycznej Wikipedii, gdzie kilka lat temu jeden z najbardziej zaangażowanych użytkowników przyznał się, że tak naprawdę nie jest "doktorem na uczelni XXX" i że tylko "przykleił" sobie DR przed nazwiskiem.

Żeby jednak zdobyć w Internecie poważanie, wcale nie trzeba sobie doklejać do nazwiska tytułu naukowego...

Przeglądając zasoby Internetu, współtworząc jego małą cząstkę (administracja Paranormalium i moderacja na forum paranormalne.pl) i poznając możliwości, jakie ze sobą niesie to niepospolicie szybkie medium wymiany informacji i poglądów, zauważyłem zjawisko co najmniej niepokojące. Jest nim mianowicie łatwość, z jaką można zdobyć w nim uznanie i "renomę". Wystarczy przecież zarejestrować się na takim czy innym forum internetowym o tematyce, w której wydaje ci się (tak, WYDAJE), że jesteś obeznany, i że owo obeznanie (pozostające często tylko obeznaniem w cudzysłowie) pozwala ci brać udział w dyskusjach i zakładać kolejne tematy. Teraz wystarczy, że ktoś się z tobą zgodzi - najlepiej kilka osób. Po jakimś okresie udzielania się na forum (często udzielaniu się towarzyszy zbieranie "punktów reputacji" czy jakiejś innej wirtualnej nagrody za aktywność, przyznawanej przez użytkowników) zaczynasz uchodzić za eksperta.

A, jeszcze taki szczegół - profil na YouTube mile widziany, obowiązkowy wręcz! Wszak swoje tezy trzeba czymś poprzeć - najlepiej filmikiem zawierającym jakąś animację, grafikę, nagranie wideo, etc. Tak, żeby przyciągnąć uwagę dyskutujących w możliwie największym stopniu.

Na tym etapie pisania coraz bardziej wydaje mi się, że ten tekst zamieni się za chwilę w kolejny artykuł o dezinformacji - ale przecież często w taki właśnie sposób działają dezinformatorzy, zwykle nie zdający sobie sprawy ze szkodliwości swojej działalności i mający mylne przeświadczenie o własnej nieomylności.

Teraz szybkie spojrzenie na najpopularniejsze polskie fora o tematyce około- i paranormalnej. Jednymi z najczęściej poruszanych tematów są te o Nowym Porządku Świata, ataku na World Trade Center oraz te o supertajnej amerykańskiej broni HAARP. Wszędzie trafisz na tematy o tym, że rząd USA czy tajny Klub Bildeberg próbują przejąć władzę nad światem, że w WTC podłożono bomby, a Usama Ibn Ladin jest niewinny, a ostatnio - że przyczyną tragicznych w skutkach trzęsień ziemi w Chile i na Haiti jest supertajna amerykańska broń HAARP, która jest tajna (a może i nie), swoim działaniem łamie prawa fizyki, a wszyscy, którzy o niej wiedzą (oh, pardon! WIEDZIELI), już dawno wąchają kwiatki od spodu.

Jednym z dłużej utrzymujących się przy życiu gorących tematów była sprawa komety Schwassmann-Wachmann 3, która w 2006 roku podzieliła się na fragmenty, a jeden z nich - kawał kosmicznego śmiecia wielkości ciężarówki - miał uderzyć w Ziemię. Temat podchwycił Eric Julien, były francuski kontroler wojskowy. Gość ów założył stronę internetową zatytułowaną "Jak przeżyć 26 maja 2006 roku", na której publikował kolejne, coraz to dłuższe artykuły i przedstawiał obszerne analizy mające potwierdzać "nieuchronną katastrofę, która może zrujnować życie na Ziemi". Pomogło mu w tym wiele osób, które uwierzyły w prezentowane przez niego rewelacje i nawet tłumaczyły na inne języki treści umieszczane przez Juliena (również na język polski). Rozpętała się, można by rzec, ogólnointernetowa wrzawa, która na chwilę przyćmiła nawet rewelacje o roku 2012 prezentowane przez Patricka Geryla!

Minął 26 maja 2006 roku. Dzień jak co dzień, nic specjalnego. Mijały kolejne dni. I nic, jedno wielkie nic. Forum na stronie Erica Juliena powoli traciło użytkowników. I nagle - ejże, co się dzieje? Forum zostało shackowane! Parę godzin później okazało się, że jakiś cieć malinowy usunął z niego wszystkie posty. Ktoś próbuje ukryć prawdę i nie dopuścić do tego, by ludzkość dowiedziała się o nadchodzącej zagładzie! Tylko kto by tego chciał? Czyżby rząd USA, a może tajny klub Bilderberg? Takie i podobne podejrzenia sprawiły, że sprawa komety Schwassmann-Wachmann 3 (która już dawno ominęła Ziemię, nie czyniąc jej większej szkody) znów odżyła - na szczęście, tylko na chwilę, by w końcu ucichnąć.

Podobnie ma się sprawa z filmami udostępnianymi w serwisach typu YouTube - masa tekstu, zbliżenia, zwolnienia, strzałeczki, kropeczki, animacje, fachowe pojęcia, itd. Często zdarza się, że autor filmiku czy jakiegośtam innego materiału przytacza w nim wszystkie ewentualne wątpliwości, jakie przyjdą mu do głowy, po czym każdą z nich usiłuje rozwiać. Wszystko po to, by przekonać oglądającego i uczestniczącego w dyskusji do stawianych przez autora stwierdzeń. Użytkownicy często jarają się tym, co widzą i czytają, i nabierają przekonania, że ktoś przekazuje im pilnie strzeżoną tajemnicę.

Masz zamknięty umysł, niegodziwcze!

Co jest szczególnie denerwujące to to, że tacy "poszukiwacze prawdy" często operują dużą ilością pojęć naukowych, których - jak się później okazuje - sami nie rozumieją. Zupełnie jak w pewnym śląskim dowcipie, w którym sztygar przychodzi do górników i prawi im homilię pod tytułem: "Suchejcie górniki, te kiere mie rozumiom to som ludzie inteligentne, a te co mie nie rozumiom to mie mogom w dupa pocałować i vice versa!". Często osoba naprawdę obznajomiona z poruszaną tematyką, ujrzawszy dzieło "poszukiwacza prawdy", puka się w czoło, stwierdzając ze zgrozą, że delikwent nie posiada nawet elementarnej wiedzy na temat tego, o czym pisze.

Tacy ludzie, o ile udzielają się na forach od dłuższego czasu i zgadza się z nimi całkiem spora grupa użytkowników, po pewnym czasie zaczynają uchodzić za ekspertów. Z czasem zakładane przez nich tematy zaczynają być coraz dłuższe i zawierać wykresy, analizy, wyjaśnienia, dlaczego tak a nie inaczej, pojawia się w nich również bardzo dużo naukowego i pseudonaukowego slangu i określeń typu "nauka sprzed kilku lat jest przestarzała" bądź "najnowsze odkrycia są ukrywane". Wszystko po to, żeby tekst był długi i brzmiał mądrze, gdyż wówczas szansa na przekonanie do swoich racji zwykłego chlebojada niepomiernie wzrasta.

Pojawia się odpowiedź. Zawiera jakieś wątpliwości. Alarm, alarm, potrzebna interwencja! Autor tematu więc odpisuje i wszelkie wątpliwości usiłuje rozwiać. Pojawiają się kolejne odpowiedzi, dyskusja się rozwija. Ktoś przytaknie, ktoś coś potwierdzi "na podstawie własnych doświadczeń", ktoś stwierdzi, że "jest ok., ale...". Generalnie do tego momentu większość dyskutujących zgadza się z autorem tematu.

Nagle jednak pojawia się element wielce niepożądany - osoba, która ośmiela się wyrazić zdanie zgoła odmienne od tego wyznawanego przez "eksperta" i "poszukiwaczy prawdy". Przedstawia swoje wątpliwości, wytyka "ekspertowi" błędy, pomyłki, prostuje jakieś informacje. Często ów "element" ma rację w danej sprawie lub przynajmniej jest bardziej od "eksperta" obeznany w poruszanym temacie.

W odpowiedzi na "wybryk" "elementu" "ekspert" i "poszukiwacze prawdy" przypuszczają atak. W ruch lecą ostre słowa, a niejednokrotnie wręcz inwektywy i wulgaryzmy, a "element" dowiaduje się, że ma zamknięty umysł, jest głupi, nic nie wie i wierzy w "oficjalną (czytaj: kłamliwą jak szlag) wersję wydarzeń". No, może jeszcze tego, że ma nadmuchane ego i ze swoim poziomem wiedzy (która w opinii "eksperta" jest "brakiem elementarnej wiedzy") powinien spadać na drzewo i banany prostować.

Ogólnie rzecz ujmując, jeśli jesteś takim właśnie "elementem", który naprawdę coś wie i chce wnieść do dyskusji coś nowego, to jeśli trafisz na forum opanowane przez jednego lub kilku "ekspertów"... to zginiesz marnie, przytłoczony masą pseudoargumentów i obrzucony stekiem "mądrych" bzdur...

Sytuacja wygląda podobnie w przypadku wielu blogów i stron internetowych. Tu również właściciel może dowoli publikować stworzone przez siebie treści i wyrosnąć na "eksperta w dziedzinie", tworząc przy tym wrażenie, że przekazuje czytelnikom pilnie strzeżony sekret, za ujawnienie którego grożą poważne konsekwencje. Właściciel bloga ma w ręku również przepotężne narzędzie - panel do moderowania komentarzy. Jeśli któryś komentarz się nie spodoba, można go usunąć lub zedytować. Można go też zatwierdzić - najwyżej autor bloga bądź też jego czytelnicy zjadą autora takiego komentarza jak psa.

Sztuka filtrowania bzdur

Pisząc ten artykuł, bynajmniej nie mam zamiaru dyskredytować tych, którzy udzielając się na forach dyskusyjnych i stronach internetowych przekazują naprawdę wartościową wiedzę, popartą solidnymi argumentami, i są naprawdę obznajomieni z poruszaną tematyką. Takich osób - dzięki Bogu! - jest naprawdę sporo i chwała im za to, co robią.

Niestety, ich praca spotyka się z zainteresowaniem dużo rzadziej, niż "dokonania" "ekspertów" piszących o teoriach spiskowych i "ukrywaniu prawdy". Zwykle dyskutant naprawdę mający pojęcie na dany temat jest w dyskusji pomijany, gdyż prezentowane przez niego poglądy i treści mijają się z tym, w co wierzy większość użytkowników. For, na których ta sytuacja jest zgoła odmienna, jest niestety niewiele - najczęściej są to fora, które spokojnie można nazwać elitarnymi z uwagi na mniejszą popularność i małą ilość piszących na nim użytkowników. Fora dużo popularniejsze oblegane są zwykle przez "neokidziarnię", która "prawdę" prezentowaną przez "ekspertów" przyjmuje za dobrą monetę, a wszystko, co stoi w sprzeczności z ową "prawdą" (nawet jeśli są to dobrze ugruntowane fakty), stanowczo odrzuca.

Przeglądając strony i fora dyskusyjne, szczególnie te najpopularniejsze, musimy umieć oddzielić prawdę od "prawdy". Nie wolno nam przyjmować wszystkiego za pewnik. Filtrowanie oczywistych bzdur to w Internecie sztuka niełatwa, gdyż często dajemy się zwieść osobom wymądrzającym się na jakiś temat, o którym tak naprawdę nie mają zielonego pojęcia. Warto, w miarę możliwości, zajrzeć do fachowej literatury i w ten sposób sprawdzić, czy autorzy czytanych przez nas treści w ogóle wiedzą, o czym piszą - najczęściej tylko w ten sposób uda nam się oddzielić prawdę od "prawdy" i wyłowić z internetowego morza informacji rzeczy naprawdę ciekawe, dobrze ugruntowane i warte uwagi.

środa, 17 marca 2010

Nautilus sypie banami...

Pamiętacie notkę o "UFO", które prawdopodobnie zostało zrobione z baloników?

Ostatnio na forum Nautilusa jeden z użytkowników zapodał linka do notki na moim blogu. Oczywiście musiał się natrudzić i użyć "skracacza", bo automatyczny cenzor wyciął ".paranormalium." z adresu (wniosek z tego, że na forum Nautilusa nie można nawet podać nazwy jakiejkolwiek strony o zjawiskach paranormalnych i/lub krytykującej FN). Zapodawszy linka, poprosił Fundację Nautilus o skomentowanie sprawy.

I co dostał?

BANA NA KONTO

A w powodzie napisane: "Celowe zamieszczenie na forum linka do strony szkalującej Fundację Nautilus"

A więc dla "nautilian" krytyka = niedozwolone szkalowanie dobrego imienia FN...

Potwierdza się po raz kolejny, że użytkownik, rejestrując się na forum Nautilusa, ma jedno prawo - zgodzić się z FN i przyjąć do wiadomości głoszoną przez nich jedynie słuszną wersję wydarzeń w danej sprawie. Wszelka, choćby najmniejsza krytyka działań FN uznawana jest za "karygodne szkalowanie", a w odpowiedzi na nią konto użytkownika jest blokowane. Zamiast odeprzeć atak i odpowiedzieć na krytykę, "nautilianie" łatwo, szybko i przyjemnie wlepiają delikwentowi bana.

Fundacja Nautilus. "Poważna" organizacja "badawcza". Z "dobrym" "imieniem" i "reputacją".

To właśnie między innymi z powodu alergii na krytykę i niemożność uszanowania czyjegoś odmiennego stanowiska do takich "organizacji" "badawczych" jak FN odnoszę się z największą pogardą.

wtorek, 16 marca 2010

Klontfa autobusu linii 40

Próbując dostać się na uczelnię napotykam czasami na problem pod tytułem uciekający autobus linii 807. Zmuszony jestem więc czekać na następny - obłożony klątwą autobus linii 40...

Dlaczego klątwą? Ano dlatego, że zawsze (słownie: ZAWSZE! a może "za jakie wsze"? nevermind...), gdy jadę tym autobusem, musi, po prostu musi się wydarzyć jakieś takie "małe gówno", które opóźni mój przyjazd na uczelnię...

A to autobusowi silnik zgaśnie, a to kierowca szarżuje tak, że podczas hamowania wszyscy stojący pasażerowie wykonują na rurach taniec go-go, a to mu się drzwi popsują (z zepsutymi otwartymi drzwiami autobus nie może ruszyć, bo system bezpieczeństwa blokuje odjazd), a to wśród pasażerów trafi się jakaś jednostka "umilająca" jazdę innej jednostce lub ogółowi społeczeństwa...

No i dzisiaj taka jednostka się przytrafiła. Była ubrana tak niesugestywnie, włosy miała tak ułożenie nieułożone i minę miała tak nietęgą, że trudno było określić płeć. Ponieważ jednak głos owa jednostka miała niechrypliwy, przyjmijmy, iż była to samica (jeszcze nie kobieta, ale niewątpliwie człowiek! bo stała na dwóch nogach).

Jazda przebiegała spokojnie. Wszyscy pasażerowie stali bądź siedzieli i podziwiali scrolling krajobrazu za oknem. Gdy jednak busik z nami w środku zbliżył się do Sosnowca i stanął na jednym z przystanków, stała się tragedia - autobus stanął!

Tak. Stanął. Na przystanku. I to na dłuuugo, bowiem w przednich drzwiach stanęła samica i rozpoczęła dłuuugą jak srajtaśma i interesującą jak wykład Kononowicza dyskusję na temat najwyższego stopnia bezsensowności obowiązku pokazywania biletu kierowcy podczas wsiadania...

Każdy normalny człowiek, wsiadając do autobusu, robi mega szpan - patrzcie ludzie, bilet kupiłem! Samica jednak, mimo iż twierdziła, że bilet posiada, za cholerę nie chciała go pokazać. "Mam, ale nie pokażę, bo nie ma po co", stwierdziła. Gdy pogaduszka zaczęła się przeciągać w czasie, kierowca zastosował technikę pod tytułem "mam telefon i nie zawaham się go użyć".

To jednak na samicy nie zrobiło najmniejszego wrażenia i zmieniła temat dyskusji na "a pan kierowca powinien mi okazać szacunek".

Tu już wszystkim, zarówno kierowcy jak i pasażerom, zaczęły puszczać nerwy. Samicę gówno w dupie obchodziło, czy ktoś jedzie do chorego dziecka, czy do pracy, czy na uczelnię czy gdziekolwiek - stała i wrzeszczała na kierowcę, ile wlazło, grożąc przy tym, że... napisze skargę do KZK GOP! Bo kierowca "niekulturalny" i "jest ze wsi, mimo iż twierdzi że jest z miasta".

I tu, gdyby ta historia była zmyślona, może walnąłbym jakiś megazajebisty koniec, jakąś płentę z powerem... ale nie walnę. Samica widocznie się zmęczyła i sobie poszła. A my, odetchnąwszy z ulgą, ruszyliśmy w dalszą trasę, szukać szczęścia w trzewiach Zagłębia (Zagłąbia?).

A ja pozwoliłem sobie fragment całego zajścia nagrać na dyktafonie... o, proszę, pod tym linkiem jest nagranie. :-)

UPDATE: Musiałem wrzucić nagranie na youtube, bo kutasofony z Wrzuty usuwają WSZYSTKO oprócz muzyki... linka uaktualniłem.